Zanim przejdę do opisywania kilku mechanizmów obronnych, jakie stosuje nasza psychika do obrony przed rzeczywistością (wewnętrzną i zewnętrzną), chcę powiedzieć bardzo ważną rzecz:
mechanizmy obronne powołane zostały do BRONIENIA – kiedyś, gdy byliśmy niemowlętami, a potem dziećmi,
i jeszcze nie byliśmy w stanie rozumieć tego co się z nami dzieje i przeżywać tak silnych napięć wewnętrznych, i w różnych sytuacjach nie otrzymaliśmy odpowiedniej pomocy z zewnątrz (też tutaj: z różnych przyczyn), nasza psychika za wszelką cenę chciała nas ochronić, zachować przy życiu. I dlatego właśnie powołała do życia mechanizmy obronne. One wszystkie w dorosłym życiu mogą sprawiać nam kłopoty (nam i naszym bliskim), bo w wyniku ich stosowania np.: odcinamy się od rzeczywistości i od ludzi, chcemy za wszelką cenę kontrolować otoczenie, nie chcemy widzieć różnych „złych” rzeczy w sobie (emocji, decyzji, postaw) a widzimy całe zło w innych, albo odwrotnie – przeżywamy siebie jako samo zło, itp., itd. Ale musimy pamiętać, że one zostały powołane do życia, aby nas CHRONIĆ. W jakimś sensie należy się im szacunek – a może jeszcze inaczej – jeśli zorientujesz się Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko, że stosujesz jakiś mechanizm obronny, to wiedz, że wynika to z Twoich doświadczeń z okresu dziecięcego i z potrzeby Twojej psychiki, aby utrzymać Cię przy życiu w tamtych, konkretnych momentach Twojego życia. Kiedy zaczynamy psychoterapię i odkrywamy różne swoje mechanizmy obronne, to często towarzyszy nam wstyd, nieakceptacja, złość – że je mamy, że się tak zachowujemy, że nie potrafimy inaczej. A przecież gdyby nie one w tamtych momentach, to konsekwencje tych „załamań” naszej relacji z najważniejszymi opiekunami mogłyby być jeszcze trudniejsze.
i jeszcze nie byliśmy w stanie rozumieć tego co się z nami dzieje i przeżywać tak silnych napięć wewnętrznych, i w różnych sytuacjach nie otrzymaliśmy odpowiedniej pomocy z zewnątrz (też tutaj: z różnych przyczyn), nasza psychika za wszelką cenę chciała nas ochronić, zachować przy życiu. I dlatego właśnie powołała do życia mechanizmy obronne. One wszystkie w dorosłym życiu mogą sprawiać nam kłopoty (nam i naszym bliskim), bo w wyniku ich stosowania np.: odcinamy się od rzeczywistości i od ludzi, chcemy za wszelką cenę kontrolować otoczenie, nie chcemy widzieć różnych „złych” rzeczy w sobie (emocji, decyzji, postaw) a widzimy całe zło w innych, albo odwrotnie – przeżywamy siebie jako samo zło, itp., itd. Ale musimy pamiętać, że one zostały powołane do życia, aby nas CHRONIĆ. W jakimś sensie należy się im szacunek – a może jeszcze inaczej – jeśli zorientujesz się Drogi Czytelniku, Droga Czytelniczko, że stosujesz jakiś mechanizm obronny, to wiedz, że wynika to z Twoich doświadczeń z okresu dziecięcego i z potrzeby Twojej psychiki, aby utrzymać Cię przy życiu w tamtych, konkretnych momentach Twojego życia. Kiedy zaczynamy psychoterapię i odkrywamy różne swoje mechanizmy obronne, to często towarzyszy nam wstyd, nieakceptacja, złość – że je mamy, że się tak zachowujemy, że nie potrafimy inaczej. A przecież gdyby nie one w tamtych momentach, to konsekwencje tych „załamań” naszej relacji z najważniejszymi opiekunami mogłyby być jeszcze trudniejsze.
Każdy z nas doświadczył jakiejś nieadekwatnej opieki swoich rodziców, każdy z nas w jakimś stopniu cierpiał, gdy był niemowlęciem. Wydaje się to być nieuchronne, gdyż nie ma idealnych matek ani idealnych ojców, którzy potrafiliby zaspokoić w pełni wszystkie potrzeby dziecka. Sztuką jest otaczać życzliwością siebie wraz ze swoimi mechanizmami obronnymi. Niełatwą sztuką jest zgoda na TO, CO JEST. To ważne zadanie psychoterapii.
Pierwotny mechanizm obronny: ZAPRZECZANIE
Kiedy dziecko jest na tyle małe, że nie używa jeszcze słów do komunikacji, z nieprzyjemnymi doświadczeniami może poradzić sobie poprzez zaprzeczanie. To natychmiastowa, automatyczna reakcja, w której dziecko, a potem dorosły, „mówi” sobie (na zupełnie nieświadomym poziomie): „to się nie dzieje”, „tego nie ma”. To magiczne przeświadczenie, które opiera się na założeniu, że jak nie będziemy o czymś myśleć i nie uznamy jakiegoś faktu za prawdziwy, to on się nie wydarzy naprawdę. Zaprzeczanie może dotyczyć emocji – np., gdy mamy przeświadczenie, że nie możemy przeżywać jakiejś emocji – złości, smutku, zazdrości czy innej. Wówczas podczas jej przeżywania nie mamy do niej dostępu – to są np. osoby, które mówią „ja się nigdy nie złoszczę” (a w rzeczywistości ich bliscy doświadczają skutków tego „niezłoszczenia” w postaci nieodzywania się, obrażania lub krzyku). Zaprzeczanie może też dotyczyć sytuacji – takimi typowymi sytuacjami, w których może uruchomić się zaprzeczanie są wypadki samochodowe. Osoby pod wpływem szoku spowodowanego wypadkiem często twierdzą, że nic im nie jest i spokojnie mogą wrócić do domu, pomimo obrażeń. Przykładem zaprzeczania jest też np. nie branie pod uwagę diagnozy choroby swojej lub osoby bliskiej czy zagrożenia, które może nas spotkać w danych okolicznościach. Wg psychoterapeutki Nancy McWilliams najbardziej oczywistym przykładem niezdrowego zaprzeczania jest stan manii. Mania to zupełne przeciwieństwo depresji, charakteryzuje się podwyższonym nastrojem, nadpobudliwością, zwiększonym napędem, podwyższoną aktywnością psychiczną. „Osoby w stanie manii w zadziwiającym stopniu zaprzeczają swoim ograniczeniom fizycznym, finansowym, swojej potrzebie snu, swoim osobistym słabością, a nawet własnej śmiertelności”.
Pierwotny mechanizm obronny: WYCOFANIE
Kiedy dziecko się rodzi, nie ma zbyt wielu możliwości poradzenia sobie ze swoim dyskomfortem: głodem, bólem, frustracją, lękiem, smutkiem czy rozpaczą. Jest zupełnie zależne od swoich opiekunów, zdane na ich łaskę i niełaskę, na ich umiejętności i możliwości rozumienia oraz zaspakajania jego potrzeb. Na tym pierwszym etapie najważniejszymi potrzebami niemowlęcia są – oprócz potrzeb fizjologicznych – potrzeba bezpieczeństwa i akceptacji. Kiedy dyskomfort jest zbyt wysoki i nie pomaga krzyk czy płacz, jako wołanie o pomoc, dziecko ma jeszcze jedną możliwość: wycofać się. Nie mówię tutaj o krótkotrwałym płaczu, na który reaguje opiekun. Mówię o stałej tendencji pozostawiania dziecka do wypłakania się i nie reagowania na jego wołanie. Wycofanie w okresie niemowlęctwa często oznacza po prostu zaśnięcie. W późniejszym wieku i w dorosłości objawia się wycofaniem z kontaktu z drugim człowiekiem, zamknięciem się w „wieży izolacji” – swoim świecie wewnętrznym, świecie fantazji oraz prawie zupełnym brakiem uzewnętrzniania swoich przeżyć emocjonalnych. Jak pisze psychoterapeutka Nancy McWilliams: „Ludzie uzależnieni od wycofania nie pocieszają się przeinaczając świat, ale usuwając się z niego. Mogą być jednak niezwykle wrażliwi, często ku zaskoczeniu otoczenia, które brało ich za mało interesujących outsiderów. Będąc niezdolni do wyrażania własnych uczuć, mogą być bardzo wyczuleni na uczucia innych.”
Wycofanie się może być strategią na początkowe poradzenie sobie ze stresem dla każdego z nas, trudne jest jednak wówczas, gdy jest jedyną dostępną strategią człowieka, odcinającą go od innych osób i świata zewnętrznego.
Pierwotny mechanizm obronny: OMNIPOTENTNA KONTROLA
Nowo narodzone dziecko w początkach swojego życia nie ma świadomości odrębności – w jego przeżywaniu świata i siebie dominuje poczucie jedności. Psychologicznie jego umysł ma do przejścia długą i trudną drogę – od jedności do odrębności (i nie każdemu się to udaje). W toku rozwoju uczy się rozróżniać, że pewne sygnały/ impulsy są z wewnątrz jego ciała (np. emocje, stany, pragnienia) a inne na zewnątrz (np. czyjeś emocje, czyjeś potrzeby, czyjeś działanie). Uczy się również, że na pewną część rzeczywistości ma wpływ, a na pewną (zdecydowanie większą) już nie. Zanim jednak posiądzie tę wiedzę, ma poczucie, że wszystko jest jednością – on i opiekunowie. Wówczas, w jego przekonaniu, wszystkie zdarzenia jakich doświadcza, mają swoje źródło wewnątrz. Kiedy poczuje głód i jest on zaspokojony, wierzy, że sam to magicznie sprawił. Kiedy poczuje zimno i zostanie okryty, podobnie. I właściwie w każdej innej sytuacji. Można by obrazowo powiedzieć, że niemowlę rozumie, że ręce mamy/taty są przedłużeniem jego rąk, nogi opiekuna widzi jako przedłużenie swoich nóg. „Świadomość odrębności [innych ludzi i siebie] oraz zewnętrznego źródła kontroli jeszcze się w nim nie rozwinęła” (N.McWilliams). To stan omnipotentnej (wszechmocnej, wszechwładnej) kontroli.
Na etapie niemowlęctwa to bardzo dobry stan, który pozwala dziecku się odnaleźć i osadzić w świecie, przynależeć do konkretnej rodziny, przy boku konkretnej mamy i taty (opiekuna), rozwinąć. Dziecko w tym czasie potrzebuje stabilności, przewidywalności, zaspakajania swoich potrzeb, rozumienia go i adekwatnej opieki, aby móc przejść do innego, bardziej dojrzałego stanu swojej świadomości. Jeśli jednak tej stałości i wystarczającej opieki zabraknie, a dziecko nie ma poczucia bezpieczeństwa, nie będzie miało możliwości rozwinięcia się w pełni do kolejnego etapu rozwoju. Pragnienie omnipotentnej kontroli pozostanie z nim do dorosłości i będzie tarczą, ochroną przed poczuciem wewnętrznego rozpadu. Możemy obserwować dorosłych, którzy czują się nadodpowiedzialni, potrzebują panować nad innymi, trudno jest im z wyrozumiałością patrzeć jak ktoś inny popełnia błędy, nie pozwalają i sobie i innym uczyć się na błędach. To bardzo trudny stan, objawiający się ogromnym lękiem, który osoba doświadczająca go próbuje opanować poprzez próbę kontroli całej rzeczywistości dookoła.
Okresowo każdy z nas może przeżywać taki stan, szczególnie w czasie dużego zagrożenia (mieliśmy w ostatnich latach sporo takich zbiorowych doświadczeń – wybuch pandemii, potem wojny). Gdy stale mamy w sobie taką dyspozycję – cierpimy, a wraz z nami nasze otoczenie.
